No products in the cart.
Katowice idą na dancing – jak bawiło się miasto przed wojną
Godzina piąta po południu. W biurach kończy się praca, na ulicach robi się tłoczniej, a w katowickich lokalach orkiestry stroją już instrumenty.
Kto sądzi, że pora ta nadaje się wyłącznie na herbatę i spokojne przeglądanie gazety, ten najwyraźniej nie zna obyczajów przedwojennych Katowic. O piątej można było przecież… iść na dancing.
Five o’clock po katowicku
Modę na popołudniowe zabawy nazywano z angielska five o’clockami. Brzmiało światowo i dokładnie takie miało być.
Kilka godzin muzyki, rozmów i tańca pozwalało choć na moment oderwać się od codzienności. Przy okazji można było zobaczyć, kto pojawił się w nowej sukni, z kim przyszedł i jak radzi sobie na parkiecie.
Bo bywanie było sztuką samą w sobie.
Należało wiedzieć, gdzie wypada się pokazać, o której przyjść i przy którym stoliku usiąść. W przedwojennych Katowicach życie towarzyskie miało własne zasady – i własny rytm.
Bagatela: herbata, muzyka i taniec
W niedziele i święta katowicka Bagatela przy ulicy Plebiscytowej zapraszała na „Five O’Clock Tea”.
Nie chodziło jednak wyłącznie o filiżankę herbaty. Popołudniowe spotkania łączyły muzykę, taniec i występy estradowe.
Samo podanie kawy czy kolacji najwyraźniej przestało wystarczać. Gościa należało jeszcze zabawić – a najlepiej sprawić, by nie spieszył się z powrotem do domu.
Monopol wiedział, jak zatrzymać gości
Doskonale rozumiał to również Hotel Monopol.
W eleganckich wnętrzach można było nie tylko zjeść, ale też posłuchać orkiestry, obejrzeć występy artystów i zostać na dancing.
W 1933 roku reklamowano tu nawet gościnne występy artystów warszawskiego „Morskiego Oka”. Były modne piosenki, tanga i kabaret, a prasa zachęcała, by w trudnych czasach choć na kilka godzin „rozchmurzyć czoła”.
Dancing był więc nie tylko rozrywką. Był sposobem na oderwanie się od codzienności.
Savoy przy Mariackiej
Nie próżnował także Savoy przy ulicy Mariackiej.
Muzyka, śpiew, orkiestra i dancing regularnie pojawiały się w jego ogłoszeniach. Restauracja miała oczywiście nakarmić, ale dobrze było, jeśli gość po obiedzie nie pomyślał od razu o płaszczu.
Jeszcze jedna kawa.
Jeszcze jeden utwór.
Jeszcze jeden taniec.
I popołudnie bardzo łatwo zamieniało się w wieczór.
Dancing czekoladowy? Czemu nie
Najwięcej fantazji mieli chyba gospodarze Palais Flank.
Zwyczajny dancing? Nazbyt pospolity.
Organizowano więc wieczory połączone z brydżem, kolacją i dodatkowymi atrakcjami. W styczniu 1933 roku odbył się tam nawet „Dancing czekoladowy”, podczas którego każda z pań otrzymywała na pamiątkę czekoladową figurkę.
Trudno o lepszy dowód na to, że lokale konkurowały nie tylko kuchnią czy muzyką, ale także pomysłowością.
Dancing jako mały teatr towarzyski
Dancing nie był zresztą wyłącznie tańcem.
Był małym przedstawieniem towarzyskim.
Należało odpowiednio się ubrać, znać najnowsze kroki i wiedzieć, kiedy wypada poprosić do tańca. Przy stolikach zawierano znajomości, omawiano interesy, plotkowano, obserwowano innych i pozwalano obserwować siebie.
Kto chciał wiedzieć, czym żyje miasto, miał spore szanse dowiedzieć się tego właśnie tutaj.
A gdy orkiestra grała dobrze, wieczór miał osobliwą skłonność do przedłużania się.
Bo w przedwojennych Katowicach na dancing można było wyjść o piątej.
Znacznie trudniej było przewidzieć, o której się z niego wróci.



