Jedna noc w Katowicach, rok 1933.

Masz 10 złotych w kieszeni, kilka wolnych godzin i całe Katowice przed sobą.

Co robisz?

W 1933 roku taki banknot pozwalał już całkiem śmiało planować wieczór, choć wydawać należało z głową. Dla porównania: przeciętny dzienny zarobek robotnika w górnictwie wynosił wówczas 8,84 zł, a śląscy górnicy zarabiali średnio około 9,55 zł za przepracowany dzień.

Trzeba jednak pamiętać, że był to czas kryzysu i praca odbywała się przeciętnie zaledwie trzy dni w tygodniu. Dziesięć złotych nie było więc drobną kwotą na spontaniczne zachcianki.

Było jednak sumą, z którą można było ruszyć w miasto.

Zajrzyjmy więc do ogłoszeń z 1933 roku i ułóżmy z nich jeden katowicki wieczór.

Najpierw obiad

Wieczoru nie wypada zaczynać z pustym żołądkiem.

W eleganckim Savoyu przy ulicy Mariackiej obiad kosztował 2 złote. W cenie dostawało się nie tylko posiłek – reklamy kusiły również muzyką i śpiewem, a sam lokal należał do miejsc, w których po prostu wypadało bywać.

Podobne ceny obowiązywały także gdzie indziej. Palais Flank również reklamował obiady za 2 złote i zachęcał gości specjalnymi menu.

Pierwszy wydatek za nami.

Zostaje 8 złotych.

Czas na kino

Co dalej?

Może kino.

Wybór był niemały: Capitol, Casino, Colosseum, Palace, Rialto, Union… Repertuar zmieniał się często, więc na ekranach można było zobaczyć romanse, komedie, dramaty i duże zagraniczne produkcje.

W kwietniu 1933 roku kino Casino sprzedawało bilety w cenie od 54 groszy do 1,50 zł.

Kto chciał oszczędzić, wybierał tańsze miejsce. Kto pragnął nieco większego komfortu, nadal nie musiał jeszcze spoglądać z niepokojem do portfela.

Załóżmy więc, że nie skąpimy.

Bilet: 1,50 zł.

Po obiedzie i kinie zostaje nam 6,50 zł.

Wracać do domu? Jeszcze nie

O tej porze powrót do domu byłby niemal marnotrawstwem.

Katowickie gazety pełne były zaproszeń na dancingi, kabarety i występy orkiestr.

Palais Flank urządzał zabawy z dwiema orkiestrami, kwiatami i niespodziankami. Monopol sprowadzał artystów, a przy ulicy Stawowej reklamowano kabaret-dancing z wolnym wstępem i – jak zapewniała prasa – „cenami bardzo niskiemi”.

Bywały też five o’clocki, bridż-dancingi i wieczory przeciągające się aż do rana.

Wybór nie był więc łatwy.

Jedno było pewne: na nudę trudno było narzekać.

Ile właściwie można było zrobić za 10 złotych?

Całkiem sporo.

Za dziesięć złotych można było:

  • zjeść obiad w dobrej restauracji,
  • pójść do kina,
  • posłuchać orkiestry,
  • zatańczyć,
  • a przy odrobinie rozsądku nadal zachować kilka złotych w kieszeni.

Oczywiście tylko pod jednym warunkiem.

Że po drodze nie przyszła ochota na jeszcze jedną kawę, kolację albo kolejny lokal.

Bo przedwojenne Katowice miały pewną niebezpieczną właściwość.

Wieczór można było zaplanować bardzo rozsądnie.

Znacznie trudniej było rozsądnie go zakończyć.